Bieszczady - Anioł to też diabeł
2007-09-13 (11:51) /B.P. Projektu „Gospodarka Społeczna na Bursztynowym Szlaku”/
 | | (fot. D. Radziejowski) |
|
 | | (fot. M. Nobis) |
|
Podobno Bieszczady to pradawna ojczyzna duchów i demonów. Kraina, która w pewnym sensie odstaje z własnego wyboru od reszty kraju, stała się tajemniczą, nie do końca jeszcze odkrytą ziemią, na której aż roi się od artystycznych indywidualności, cywilizacyjnych odszczepieńców, ludzi z zasadami, ludzi, których wzór postępowania można by zapisać w samurajskim kodeksie.
Czarownica, która kiedyś była mocno ukorzenionym pniem, kapliczki, świątki, madonny w dziuplach, diabły na płocie, świńskie koryta, kawałki starych, zniszczonych desek, mnóstwo złomu, pędzle, dłuta, tajemnicze przedmioty… W takiej niezwykłej scenerii mieszka i pracuje Zdzisław Pękalski – żywa legenda Bieszczadów.
Malarz, rzeźbiarz, grafik, poeta…Jako tworzywo do obrazów i rzeźb wykorzystuje dawne przedmioty gospodarcze – świńskie koryta, drzwiczki do chlewika, deski z podłóg w stajniach, ramy okienne, łopaty chlebowe, podkowy, klucze, okucia oraz kawałki drewna: korzenie, pnie oraz gałęzie drzew i krzewów. Lipa, grab, osika – przy doborze materiału gatunek drewna ma niewielkie znaczenie, najważniejsza jest faktura, to coś, co sprawia, że staje się inspiracją, natchnieniem.
To, co urzeka, to najczęściej pewna niedoskonałość, nieregularność, skaza. Wystarczy uwypuklić, wydobyć to, co stworzyła sama natura. Był czas, gdy dość silnie fascynowała go bieszczadzka demonologia – jego twórczość zdominowały wtedy diabły, upiory, wampiry, biesy, czarownice.. Mimo że to temat niezwykle wdzięczny, w pewnym momencie poczuł, że się powtarza i że czas na zmianę. Wymyślił sobie, że przecież jest tylu świętych, iż na pewno nie będzie się z nimi nudził. Może się wydawać, że całkowicie zmienił obiekt swych zainteresowań, jednak, jak sam tłumaczy, anioł to też diabeł, też sacrum.
A gdyby nie było zła, nie byłoby dobra. Jak sam przyznaje, realizuje się w gwarze, szumie przejeżdżających samochodów – zastałam go, gdy przed domem, przy drewnianym stole ,obrabiał nadpalone deski pochodzące z XIX-wiecznej cerkwi w Komańczy, która całkowicie spłonęła w 2006 roku. Była to perła architektury łemkowskiej i jeden z najpiękniejszych obiektów sakralnych w Bieszczadach (obecnie trwają przygotowania do jej odbudowy). Wcześniej tworzył też na deskach ze spalonych kościołów w pobliskiej Grabówce oraz Ulanowie. Artysta korzysta z kawałków drewna lub ich fragmentów, szczególnie z korzeni, pni oraz gałęzi drzew i krzewów. Lipa, grab, osika – przy doborze materiału gatunek drewna ma niewielkie znaczenie, najważniejsza jest faktura, to coś, co sprawia, że staje się inspiracją, natchnieniem. To, co urzeka, to najczęściej pewna niedoskonałość, nieregularność, skaza. Wystarczy uwypuklić, wydobyć to, co stworzyła sama natura. Artysta dodatkowo wkomponowuje w nie oryginalne okucia, sztaby, zamki lub końskie podkowy. Dlaczego podkowy?